 02:20... sam nie wierzyłem patrząc na budzik ustawiony w telefonie komórkowym. To właśnie o tej godzinie rozpoczęła się 8 lipca 2011 roku moja wyprawa do Bochum na towarzyskie spotkanie pomiędzy miejscowym VfL a Rangers. Czy można wyobrazić sobie wspanialszy prezent z okazji zbliżających się trzydziestych urodzin niż wyjazd na mecz ukochanej drużyny w towarzystwie ekipy z RSC Poland? Skład personalny naszej "delegacji" ulegał modyfikacji, aby ostatecznie zamknąć się w czteroosobowej drużynie: RHP, Starushek, Błażej i moja skromna osoba. 02:20... ok, wstałem i chwyciłem za przygotowany dzień wcześniej plecak i ruszyłem nocnym autobusem przez zamgloną Gdynię na Dworzec Główny. O dziwo pociąg odjechał o czasie, co ostatnio zdarza się rzadko na PKP, ale zważywszy na godzinę odjazdu, a mianowicie 3:55 nie zgromadził zbyt wielu osób na stacji początkowej jaką była właśnie Gdynia. Gdy pozostała trójka jeszcze spała w różnych częściach Polski ja już przemierzałem kraj w drodze na umówione miejsce.
 W związku z tym, że pojawiłem się tam ok. 9:30 to postanowiłem trochę zwiedzić miejsce spotkania. Po 12-tej spotkałem się Burberrym, który niestety z przyczyn osobistych musiał odwołać swój udział w wyjeździe (Nie martw się Niebieski Bracie! Nadrobimy wszystko następnym razem!). Poszliśmy wspólnie na piwo do jednej z wielu knajp, aby pogadać sobie o Rangers i wielu sprawach związanych z RSC Poland. Po 13-tej dołączył do nas Starushek, a godzinę później poszliśmy na dworzec aby odebrać Błażeja, który właśnie przybył do miasta. Wówczas pozostało nam tylko czekać na "kierownika wycieczki" czyli RHP, który do końca organizował sprawy związane z wyjazdem. Pech chciał, że gdy staliśmy w kolejce po bilet kasjerce... skończyła się rolka w kasie! Zdecydowaliśmy się na zakup biletu w pociągu, bo czas naglił. Okazało się to słuszną decyzją, bo poznaliśmy całkiem spoko konduktora (ochrzciliśmy go sobie jako "Goofy"), który sporo z nami rozmawiał przed odjazdem (pociąg na granicę odjechał z małym poślizgiem, a nie o 15:02) jak i pod koniec podróży gdy większość pasażerów wysiadła na wcześniejszych stacjach.
 Frankfurt nad Odrą... to co rzuciło się natychmiast po przekroczeniu granicy w oczy to wszechobecny porządek na dworcu, co raczej rzadko zdarza się u nas. W Niemczech pojawiliśmy się później niż planowano, bo o 18:30, ale mieliśmy jeszcze sporo czasu do wyjazdu do Berlina, który zaplanowany był na 20:30. Udaliśmy się więc do pobliskich Słubic do fajnego lokalu na piwo. Po drodze moją uwagę zwrócił interesujący widok, który jest obok na zdjęciu, czyli ciekawa ozdoba flagi niemieckiej... Może stanik miał jakiś związek z Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej Kobiet? Może... Małym sprintem przez Frankfurt udało nam się wyrobić na szczęście na pociąg do Berlina. Podróż do niemieckiej stolicy zajmuje nam trochę więcej niż godzinę. W pociągu tym trafiliśmy na "polski akcent", a mianowicie niezbyt rozgarniętego Radzia i jego dwie towarzyszki, którzy mieszkają w Berlinie i raczej dobrego świadectwa tam nie wystawiają Polakom, ale cóż...
 O 21.39 dotarliśmy do Berlina. Ci z Was, którzy byli w tym mieście z pewnością przyznają mi rację, że posiada ono robiący niesamowite wrażenie nowoczesny dworzec, o którym my Polacy możemy sobie na chwilę obecną tylko pomarzyć. Z racji tego, że do wyjazdu w dalszą drogę mieliśmy jeszcze sporo czasu (a konkretnie aż do 00:14) sączyliśmy sobie piwo "Berliner Kindl", które jest niezwykle tanie, a mianowicie po 1,50 €. W strefie gastronomicznej (gdzie sprzedawali głównie Azjaci) trafiliśmy na kolejny "polski akcent", a mianowicie.... Turka, który słysząc naszą rozmowę pyta: "Polska? Polska?", a gdy my potwierdzamy skąd jesteśmy z radością oznajmia, że: "Polska dziewczyna bardzo dobra! Polska dziewczyna bardzo dobra!". Opinia nie dziwi, zważywszy, że większość ładnych dziewczyn spotkanych w Niemczech mówiła po... polsku! Aczkolwiek trzeba powiedzieć, że rzeczywistość zmieniła nasze dotychczasowe opinie i trzeba przyznać, że nie wszystkie Niemki to NRD-owskie bojlery ;)
 Punktualnie o 00:14 wyruszyliśmy do Halle, miasta położonego w Nadrenii Północnej-Westfalii, do którego dotarliśmy o 02:32, gdzie czekała nas dłuższa przerwa niż w Berlinie, bo ok. 2,5 godzinna. O ile w Berlinie mogliśmy wykorzystać ten czas to w Halle na pustawym dworcu (z zamkniętymi wszystkimi boksami, lecz z kapitalnie wyglądającym sklepieniem) nie ma co robić, więc walcząc z sennością rozmawialiśmy sobie. Na dworcu tym spotkaliśmy kilkuosobową grupę głośnych fanów PAOK Saloniki (udawali się na mecz z Fortuną Düsseldorf), których ochrona wyprosiła przed obiekt. O 4:46 ruszyliśmy do Kassel (w Hesji) na jego największy dworzec, czyli Wilhelmshoöhe. Niestety pociąg dotarł tam z lekkim opóźnieniem (jedyny raz w trakcie całej podróży przez Niemcy) i strach zajrzał nam w oczy, ponieważ na przesiadkę na pociąg do Hagen (Zagłębie Ruhry) mieliśmy zgodnie z planem tylko 7 minut. Sprintem pokonaliśmy cały dworzec (z peronu 1 na 8) i wskoczyliśmy do pociągu, który o 8:01 ruszył w trasę.
 O 10:45 przybyliśmy do Hagen i przenieśliśmy się do podmiejskiej kolejki (coś na wzór warszawskiego metro), którą o 10:54 ruszyliśmy do celu naszej podróży, czyli Bochum. Szybka podróż kończy się o 11:13. Na dworcu kolejny "polski akcent", gdyż śniadanko spożyliśmy przy stoisku, w którym pracuje sympatyczna pani Patrycja. Na dworcu przebraliśmy się w nasze "barwy wojenne" (trzy rodzaje koszulek RSC Poland i szale) i ruszyliśmy na miasto. Po wyjściu z dworca "dopadli" nas chłopaki z Bochum Loyal oraz Frankenthal Loyal, z którymi świetne kontakty z poprzednich eskapad do Niemiec ma RHP. Kierownictwo tych pierwszych, których można było określić gospodarzami dnia zaprosili nas na niedaleki Konrad-Adenauer-Platz na świętowanie kibiców z okazji przyjazdu Rangers do Bochum.
 Na miejscu spotykamy nie tylko niemieckich fanów z różnych miast (m.in. Dortmundu, Köln i Düsseldorfu - dowiadujemy się, że wkrótce dojadą też chłopaki z Hamburga), ale także z Holandii, a także sporo ze Szkocji. Mnóstwo kibiców natychmiast raduje się, że RSC Poland zjawiło się na tym swoistym zlocie udowadniając, że Polska nie jest krajem katolickich fanatyków. Sporo osób chce nas poznać i poprostu przywitać się, gdyż doceniają fakt, że w Polsce, w której mieszka tylu fanów Celticu od czasów ery "borucowej" jest grupa fanów "The Gers", którzy udowadniają, że liczy się jakoś, a nie ilość fanów. Niestety nie ma miejsca na rozwieszenie naszych flag, gdyż skwer już jest oflagowany należycie. Gdy pomału poszczególne ekipy zaczynają wędrować w kierunku stadionu zostajemy zaproszeni przez Olivera - szefa Frankenthal Loyal do wspólnej wraz z Bochum Loyal jazdy metrem na mecz.
 Gdy dotarliśmy na miejsce to kupujemy rzecz jasna bilety na sektor dla gości, choć na ten mecz można było kupić bilety na dowolny sektor. Mając wejściówki na sektor E1 (za 8 &euro) nie mogliśmy powiesić w nim flag, a jedynie na sąsiednim co czyni RHP, gdyż ochroniarz (nadgorliwy Polak) nie pozwolił wejść innym. Oprócz tego ochrona (tu akurat pomocny okazał się dla mnie inny polski ochroniarz, gdyż niemieccy nie rozumieją dobrze angielskiego) skonfiskowała mi pokaźną ilość vlepek Rangers Poland, którą zamierzaliśmy wykorzystać do celów propagandowych, a także - uwaga! - zapasowe baterie do aparatu (sic!) tłumacząc, iż mogłyby one zostać rzucone przez nas na boisko... tak jakby te w aparacie nie mogły do tego posłużyć, albo i jeszcze lepiej sam aparat... Wszystko wylądowało więc w depozycie na stadionie... | |
 Niedługo na boisku pojawili się na rozgrzewce piłkarze obu drużyn, a nasz sektor (miejsca stojące) nagrodził brawami graczy "The Gers". Zaczęły się chóralne pieśni na cześć Rangers. Sektor gości zapełniał się z minuty na minutę, a w przyległym E2, w którym rozmieszczone zostały flagi zasiedli członkowie Bochum Loyal, aby "neutralnie" oglądać ten mecz. Przed meczem na telebimie ukazuje się wywiad przeprowadzany tuż obok murawy z jednym z czołowych niemieckich fanów Rangers. Wypowiadał się on w języku angielskim tak aby wszyscy fani mogli go zrozumieć (wiedział dobrze, że na stadionie znajdują się Szkoci, Holendrzy, a także my Polacy). Sporo jego wypowiedzi wywoływało okrzyki aprobaty w naszym sektorze.
 Punktualnie o 15:30 zaczął się mecz pomiędzy VfL Bochum a Rangers. O samym meczu mogliście przeczytać na stronie, a do relacji dołączam moje zdjęcia z meczu (-> zobacz). Skupmy się więc na tym co wydarzyło się na trybunach, gdyż na boisku niewiele się działo, a Rangers w pełni zasłużenie przegrali 0:3 (!) co należy uznać za sporą niespodziankę. Co działo się więc w naszym sektorze? Otóż dominowały w nim pieści znane z Ibrox o Rangers, a także ten na które władze "The Gers" patrzą z pewnym niesmakiem i dominują z reguły właśnie na wyjazdach. Przy "Rule Britannia" głośno wspieramy wraz z Holendrami Szkotów, gdyż Niemcy wolą wówczas pominąć tą pieśń ;)
 Trzeba przyznać, że wywołaliśmy w sektorze sporą sensację i zbudziliśmy wielką ciekawość. Część fanów Rangers mówi pozostałym kim jesteśmy i wówczas z chęcią do nas podchodzą, aby nas poznać. Miłym akcentem było postawienie nam przez jednego z Niemców piwa. Sporym zaskoczeniem dla nas było spotkanie Polaka w sektorze Rangers. W pewnym momencie podszedł do nas młody fan HSV, który jak się okazało od 3 roku życia mieszkał w Hamburgu, a aktualnie w Wiedniu. Był zaskoczony, gdy usłyszał niedaleko siebie język polski. Dołączył do nas na drugą połowę opuszczając szeregi fanów HSV. Było to bardzo interesujące spotkanie, gdyż dowiedzieliśmy się wiele o niemieckiej i austriackiej scenie kibicowskiej.
 Po końcowym gwizdku wszyscy liczyliśmy, ze piłkarze podbiegną do nas podziękować za gorący doping, jednak nic takiego nie miało miejsca, a szkoda... piłkarze bowiem bardzo szybko zniknęli z boiska. W związku z tym, że pociąg z Bochum do Minden mieliśmy o 19:41 skorzystaliśmy z zaproszenia Bochum Loyal do wstąpienia do ich pubu niedaleko dworca. Niestety sielankową atmosferę zepsuli "kibice" Celticu, którzy okazali się marnymi prowokatorami. Wychodząc z naszego sektora niedaleko bramy stadionu stał "szaleniec" w koszulce i z szalikiem Celticu. Oczywiście cwaniak stał koło radiowozu policji i krzyczał po niemiecku hasła w naszą stronę. Mała "delegacja", która ruszała w jego stronę została powstrzymana przez policję, a tchórz w biało-zielonych barwach śmiejąc się zaczął uciekać gdzie pieprz rośnie.
 Gdy myśleliśmy, że to koniec samobójczych kroków ze strony "kibiców" Celticu natknęliśmy się na ich czteroosobową grupę z drugiej strony stadionu z dwoma flagami Irlandii. Ta prowokacja nie uszła już płazem biało-zielonym prowokatorom. Szerzej o tym możecie poczytać na forum w relacji RHP. To "opóźnienie" spowodowało, że tylko na chwilę wpadliśmy do pubu Bochum Loyal. Po wymianie uprzejmości gorąco pożegnani przez Niemców ruszyliśmy na dworzec. Jeszcze przed nim "złapali" nas szkoccy kibice Rangers z Holandii, którzy koniecznie chcieli z nami zrobić sobie zdjęcie. Na dworcu czekał nas kolejny "polski akcent" w postaci sympatycznego dziadka z Bytomia, który od 30 lat mieszka w Niemczech i uradował się słysząc polski język.
 O 19:41 wyjechaliśmy do Minden (Nadrenia Północna-Westfalia), gdzie przybyliśmy o 21:30. Krótki pobyt spędziliśmy tam aby obejrzeć sobie zabytkowy dworzec i o 22:02 ruszyliśmy do Braunschweig w Dolnej Saksonii. Pobyt na dużym lecz ponurym dworcu okrasiła nam interwencja ochrony, a później policji na placu przed dworcem, gdy wybuchła mała awantura pomiędzy Turkami a miejscowymi. W końcu o 01:07 wyruszyliśmy do Magdeburga (Saksonia-Anhalt), do którego dotarliśmy szybko, bo już o 02:19. Było to najbardziej efektowne miasto na dotychczasowej trasie, a szczególnie spore wrażenie na mnie zrobiły dwa gigantyczne dinozaury stojące na placu przed dworcem.
 W oczekiwaniu na pociąg o 04:58 spędzailiśmy czas w otwartym przez 24h McDonaldzie po czym ruszyliśmy do Frankfurtu nad Odrą. Przejeżdżając przez Berlin odłączył się od nas Starushek, któremu na rękę był bardziej powrót autobusem do Polski. Nasze trio musiało za to spędzić ponad 2h we Frankfurcie, z którego po 9:00 ruszyliśmy do Polski. Najpierw na jej terenie odłączył się RHP, a następnie Błażej, którzy trafili w miarę szybko na pociągi w swoje rejony. Jeżeli chodzi o mnie to przed 15-stą ruszyłem zatłoczonym pociągiem (wiadomo sezon wakacyjny) do Gdyni, w którym to na kolanie napisałem tą relację. Przeskok z komfortowej kolei niemieckiej, w której 2 klasa ma wyższy standard niż u nas 1 klasa, do pociągu PKP była niestety szokiem.. Ostatecznie przed 21:00 dotarłem do Gdyni.
Wyprawa do Bochum na mecz Rangers kosztowała mnie w sumie ok 430 zł (bilety na terenie kraju - ok. 140 zł; bilety na terenie Niemiec - 25 euro, czyli 100 zł; bilet na mecz - 8 euro czyli 32 zł; jedzenie i picie w Polsce - ok 50 zł; jedzenie i picie w Niemczech - 26 euro, czyli 104 zł). Do tego należy dodać 69 h bez snu (niestety nie potrafię spać w pociągach)... wrażenia jednak były bezcenne! Pozdrowienia dla tych, którzy byli!
Jacek Korczak  |