 15 września - początek mojego urlopu. Wybrany świadomie i z premedytacją tak, aby wyjeżdżając z rodziną na upragniony wypoczynek zaliczyć również jakiś mecz poza granicami kraju. Pewnie wielu z Was przed urlopem kombinuje gdzie tu pojechać. Przyznam szczerze, że nie miałem takiego problemu. Kierunek był oczywisty: Szkocja - miejsce gdzie mieszka moja rodzina i gra liga, która mnie najbardziej interesuje. Najważniejszym dniem pobytu miał być 18 września, gdyż na ten dzień w Glasgow zaplanowano spotkanie Rangers z Dundee Utd. No, ale o tym później... 16 września melduje się z rodzinką w Edynburgu. Zasadniczo to tu spędziłem najwięcej czasu podczas mojego pobytu. To już druga moja wizyta w stolicy Szkocji. Podczas pierwszej wizyty zaliczyłem mecz na Easter Road pomiędzy Hibernian a Aberdeen. Było to jeszcze przed rozpadem prężnie działającej ekipy Red Ultras z Aberdeen. Piątek 17 września poświęciłem na "przegląd" stadionów dwóch stołecznych klubów: Hibernian i Hearts. Już na samym początku dnia spotkałem Dereka Dykesa jednego z liderów "ekipy mocnych wrażeń" Capital City Service (Hibernian). Pewnie wiele osób z Was miało możliwość oglądać go w "Real Football Factories". Jest również współautorem książki "These colours don't Run-inside the Hibs Capital City Service", którą oczywiście polecam. Spotkanie zaowocowało interesująca rozmową na sam koniec pobytu.

Wracając do "wizytacji" lokalnych stadionów. Na początku ruszyłem na Easter Road. Stadion jest po przebudowie. Miejsce starej niskiej trybuny East Stand zajęła "supernowoczesna" nowa wysoka trybuna. Co tam klimat i tradycja - najważniejsze, że teraz stadion ma papiery na granie meczy międzypaństwowych. Z budową trybuny wiąże się ciekawa historia. Podobno córka głównego wykonawcy tejże trybuny to wielka fanka lokalnego rywala - Hearts. Korzystając z okazji nie odmówiła sobie przyjemności i zasiadła za sterami jednego ze sprzętów, który miał za zadanie zniszczyć starą East Stand (ech te złośliwe baby). Również z jej pomysłu w fundamentach pod nowa trybunę złożona została koszulka Heart of Midlothian. Niewykluczone więc, że obecnie kibice Hibernianu siedzą na trybunie w fundamentach, której złożona jest koszulka największego rywala. Na ile to jest prawda, a na ile "miejska legenda" trudno ocenić. Nie mniej jednak takie historie krążą po Edynburgu.

Na stadion Easter Road nie dostałem się. Pani w pięknej recepcji nie była mi w stanie pomóc. Zaproponowała, że jeżeli chcę zobaczyć stadion to powinienem przyjść na najbliższy mecz. Nawet nie walczyłem. Widocznie tak ma być na "nowoczesnych obiektach". Nieco rozczarowany ruszyłem na drugi stadion. Gorgie Road przy której znajduje się stadion Heartsów Tynecastle - to trochę bardziej "hardkorowe" miejsce niż Easter Road. "Specyficzna okolica", troche mniej przyjazna dla oka, zapach palonej whisky (choć jako abstynent mogę się mylić) Zapowiadało się więc ciekawie. Stadion wyłonił mi się nagle pośród innych budynków. Wejście na stadion nie sprawiło mi żadnego problemu. Nikt chyba nawet nie zauważył, że tam byłem. Tynecastle od razu mi się spodobał. Znacznie starszy od stadionu lokalnego rywala - zabudowane łuki, wszystkie miejsca siedzące. Czuć na nim klimat. Zresztą kiedyś słyszałem od jednego "skórokopa", który miał przyjemność kopać w Szkocji, że jeżeli chcę zobaczyć derby Edynburga to tylko na Tynecastle.

Derby Edynburga jak łatwo zauważyć są trochę w cieniu tych z Glasgow. Podział miedzy kibicami można by porównać do tego z Glasgow. Hibernian założony przez Irlandczyków (katolików) i Hearts reprezentujące protestancka część Edynburga. Jednak antagonizmy w stolicy nigdy nie nabrały takiego wymiaru jak w Glasgow. Od jakiegoś czasu mówi się, że te dwie ekipy po prostu rywalizują ze sobą jako lokalni rywale i tyle. Religia oraz stosunek do korony brytyjskiej jakby zszedł na dalszy plan. Nawet wyżej wspomniany Derek Dykes stwierdził, że nigdy go te sprawy nie interesowały. Sam jest protestantem. ale najważniejsze jest to, żeby walczyć za klub ze swojej dzielnicy i swoich kumpli. Mimo tych opinii jednak zauważyłem, że po obu stronach pojawiają się tendencje mogące kojarzyć się z klimatami, które zarówno w stolicy jak i Glasgow chce się zwalczyć, gdyż niby są niepoprawne i sekciarskie. Dlatego też można po jednej stronie zobaczyć ziomków z flaga "HEARTS LOYAL", co jasno oddaje stosunek do Korony Brytyjskiej. Natomiast po drugiej stronie ekipę spod znaku "ERIN GO BRAGH" (Niech żyje Irlandia!) w klimacie republikańskim, lewicowym. Pewnie nie są to tendencje dominujące, ale jednak istnieją. Jednak dla mnie to wszystko mimo, że interesujące (sam zachęcam do zainteresowania się ekipami z Edynburga) było tylko przystawką do dania głównego, którym miał być mecz na Ibrox. | |

Na 18 września byłem umówiony zarówno z kumplem z Edynburga, który miał ze mną jechać do Glasgow, jak i ze znajomym z Glasgow, który miał nam ogarnąć wszystko na miejscu. Początkowo mieliśmy wyjechać wcześnie rano, aby zdążyć na marsz oranżystów na Govan Street. Jednak jak to często bywa z Edynburga ruszyliśmy na 2,5 godziny przed meczem i marsz z udziałem kilkunastu orkiestr z całej Wielkiej Brytanii nas ominął. Droga minęłaby szybko, gdyby nie korek na autostradzie przed samym Glasgow. Stojąc w korku zauważyliśmy, że stanowimy część dość sporej ekipy kibiców Rangers jadących na mecz. Wraz z nami autostradą przemieszczała się spora ilość samochodów osobowych, busów i autokarów z kibicami z różnych miast i fanklubów Naprawdę fajny widok. Pod stadion dojeżdżamy na 45 min. przed meczem. Stadion Ibrox zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Z każdej strony maszerował tłum ludzi. Między nimi dało się zauważyć również kibiców gości. Mieliśmy również okazje widzieć jak działa tamtejsza policja. Jakiś typ z Dundee próbował już pod samym stadionem coś śpiewać, ale w jednej chwili "panowie" na koniach wybili mu to z głowy. Założenie proste: zdławić wszystko w zarodku. Chwila podekscytowania stadionem, okolicami i pojawiamy się w miejscu umówionym z naszym "kierownikiem zamieszania" tego dnia. Na gwałt trzeba było załatwiać bilety na mecz, a to nie było łatwe, gdyż zapowiadał się komplet po zremisowanym meczu na Old Trafford w LM. Po drobnych perypetiach udało się dostać bilety (odsyłano nas, niczym w Polsce, od jednego miejsca do drugiego, ech).

Nasz kolega z Glasgow obiecał nas zgarnąć po meczu, a my udaliśmy się na stadion. Ibrox zarówno za zewnątrz jak i w środku zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Moment wyjścia piłkarzy i śpiew całego stadionu "Simply the Best", a następnie "Follow Follow" robią naprawdę duże wrażenie. Jeśli chodzi o kibiców na stadionie to najaktywniejsi są kibice z grupy The Blue Order siedzący za bramką. W odróżnieniu od prawie całego stadionu cały czas są aktywni. Prowadzą doping i raczej nie korzystają z krzesełek. Wywieszają fanę z nazwą ekipy i machają flagami na kijach (w tym jedna zgodowa HSV). Dzięki ich aktywności na trybunie za bramka cały czas się coś dzieje. Kibice za bramką śpiewają, skaczą i przekomarzają się z kibicami gości.Ci natomiast mają do dyspozycji sektor na rogu stadionu obok sektora The Blue Order co oczywiście wpływa na częstą wymianę "uprzejmości". Kibice Dundee pojawili się w przyzwoitej liczbie, zajmując większą część trybuny dla nich przeznaczonej. Wygrana "The Gers" oczywiście wpłynęła tego dnia na jakość dopingu. Można się było spodziewać większego piknikowania, a i tak było całkiem przyzwoicie. Na pewno jeden minus (coraz częstszy na naszych stadionach) to opuszczanie stadionu przez "kibiców" juś na 15 min. przed końcem meczu. No, ale to już się powoli robi z tego procederu znak firmowy tzw. "modern football", a tego i w Glasgow nie brakuje...

Po meczu oczywiście zrobiłem małe zakupy w przystadionowym sklepiku. Na ulicy spotkaliśmy tez "dzikich handlarzy" z różnego rodzaju szalikami i flagami (nie zawsze poprawnymi ideowo) i tutaj ciekawostka. Panowie ci żyją jeszcze chyba w poprzedniej epoce, bo nową gwiazdę "The Gers" Vladimira Weissa ze Słowacji umieścili na fladze czeskiej. No cóż bywa i tak. Po zakupach ruszamy z naszym kolega na chwilową nasiadówkę w pubie. Odwiedzamy dwie knajpy. Jedna super nowoczesna z masą pamiątek Rangersów (zdjęcia, flagi, szaliki) i czterema dużymi telewizorami. Młodzież ogląda mecz - super ekstra nowocześnie. Niby fajnie, ale aż zanadto. Zawijamy się do drugiego pubu i tam jest już spokojniej. Tu zasiada starsza ekipa. W tym pubie przebywa zdecydowanie bardziej konkretne towarzystwo i panuje w nim dobry klimat. Po jakimś czasie zabieramy się i stamtąd i odwiedzamy jeszcze naszego kolegę. Bardzo miła wizyta okraszona całą masą interesujących historii i zdjęć. Dzień się kończy i czas wracać do Edynburga. Trzy dni później na Ibrox Rangers grają mecz pucharowy z pierwszoligowym Dunfermline. Niestety z kilku przyczyn nie udaje mi się tam zjawić, a szkoda. Kibice gości pojawili się ponoć w dobrej ilości, a i sam mecz był nienajgorszy (Rangers wygrali 7:2).
Reasumując - był to bardzo udany wyjazd, choć w wyniku różnych okoliczności atrakcje kibicowskie zostały lekko ograniczone. Tak to jednak bywa gdy wyjeżdża się z rodziną - kompromisy są nieuniknione. Z pewnością jeszcze nie raz odwiedzę Ibrox. Klimat, który tam zastałem zdecydowanie mi odpowiada.
Na koniec wielkie dzięki dla Jacka (kolega z mojego miasta) za towarzystwo w podróży do Glasgow i dla Daniela za ogarnięcie wszystkiego na miejscu i za całą masę ciekawostek o lidze szkockiej i nie tylko (choć przypuszczam, że to był tylko czubek góry lodowej. Nadrobimy następnym razem).
Szczota |